
Bezgwiezdna noc nad tajgą
Pewnej nocy nad wschodnią Syberią, gdzieś między wysokimi świerkami a szczytami skąpanymi we mgle, pojawił się dziwny blask. Z nieba wylądował statek kosmiczny. Z jego pokładu wyszedł on.
Nazywamy go kotem, bo nie znamy lepszego słowa. Przypomina ziemskie koty. To samo białe futro, ten sam spokój, ta sama umiejętność znikania w słońcu na poduszce. Ale kiedy patrzy w gwiazdy, widać że szuka domu.
Felek przemierzał tajgę długo. Aż trafił do nas. Powiedział, że pochodzi z Andromedy. Że przyleciał, żeby coś naprawić. Codzienność. Że nie pokaże nam jak podróżować między galaktykami, bo "jeszcze nie czas". Mrugnął przy tym, więc nie wiemy czy żartował.














ISAJ